Hans
Magnus Enzensberger
M. A. B. (1814-1876)

Nota
redakcyjna
Poemat pochodzi z ksiązki Hansa Magnusa Enzensberger Utwory
wybrane. Ausgewahlte Gedichte (Wydawnictwo Literackie) Tłumaczenie
Andrzej Kopacki.

Jednego
tylko pragnę, wykrzyknął, do końca swoich dni mieć w sobie
to święte uczucie: gniew wielki i nieokiełznany!
-
Szalbierzu, łbie zakuty, przeklęty kozacze! - To afekt
ku niesamowitości, przywara główna mej natury. - Mahomet bez Koranu!
- Spokój przyprawia mnie o rozpacz. - Krętacz, papież, ignoramus! -
Jego serce i głowa są z płomienia.
Tak,
Bakunin, bodaj tak to było. Na wiecznej włóczędze,
wariackiej, w samozapamiętaniu. Nieznośny, nierozsądny, niemożliwy
- taki byłeś! Jeśli o mnie chodzi, Bakunin, wracaj albo zostań, gdzie
jesteś!
Smukła
postać w błękitnym fraku na barykadach w Dreźnie,
0 twarzy, na której malowała się najdziksza złość.
Spalić
Operę! A kiedy wszystko już było stracone, zażądał, z pistoletem w ręce,
od Tymczasowego Rządu Rewolucyjnego,
aby wysadził sam siebie (i jego) w powietrze. (Osobliwie zimna krew.)
Panowie ogromną większością odrzucili ten wniosek.
Pamiętasz,
Bakunin? Zawsze to samo. Oczywiście, że przeszkadzałeś. Nic dziwnego!
Przeszkadzasz po dziś dzień. Rozumiesz? Po prostu przeszkadzasz. I dlatego
proszę cię, Bakunin: wracaj.
Przesłuchiwany,
przykuty do ściany w kazamatach Ołomuńca,
z wyrokiem śmierci, odstawiony do Rosji, obdarowany łaską wiecznego
lochu:
człek wielce niebezpieczny! Pewien dobroczyńca przysyła mu do celi
fortepian Lichtenthala. Wypadają mu zęby.
Do swojej opery Prometeusz wymyśla słodką, boleściwą melodię,
w takt której kołysał jak dziecko swoją lwią grzywą.
Ach, Bakunin, to do ciebie podobne. (Kołysał swoją lwią grzywą: jeszcze
i dwadzieścia lat później, w Locarno.)
A ponieważ to do ciebie
podobne
I
ponieważ, jak wiadomo, nie umiesz nam pomóc, Bakunin, zostań, gdzie
jesteś.
Zesłany
na Syberię, uciekał wzdłuż lodowato błękitnego Amuru,
przez Ocean Spokojny, parostatkami, na saniach, końmi,
w pociągach ekspresowych, skroś pustynnej Ameryki, przez sześć miesięcy
bez postoju, aż wreszcie, w Paddington, tuż przed Nowym Rokiem, wypadł
z hansoma, rzucił się schodami w górę wprost w ramiona Hercena i wrzasnął:
Gdzie tu dają świeże ostrygi?
Ponieważ,
krótko mówiąc, jesteś do niczego, Bakunin, ponieważ się nie
nadajesz
na kalkomanię na zbawcę na biurokratę na ojca Kościoła na prawicowego
lub lewicowego łapsa, Bakunin: wracaj, wracaj!
Znów
na wygnaniu. Nie tylko pomruk buntu, jazgot klubowiczów,
tumult na placach czyniły go szczęśliwym; także gorączka
przed godziną zero, także uzgodnienia, szyfry, hasła.
Wielki bezdomny, ścigany przez pogłoski, legendy, oszczerstwa!
Magnetyczne serce, naiwne i rozrzutne! Pieklił się i wrzeszczał,
dodawał otuchy i rozstrzygał, całymi dniami, całymi nocami.
Nieprawdaż? A ponieważ twoja działalność, twoje próżniactwo, twój apetyt,
twoje wieczne spocenie tak wyraźnie przekracza, ludzką miarę jak ty
sam, więc radzę ci, Bakunin, zostań, gdzie jesteś.
Jego biograf, wszechwiedzący, powiada: był impotentem. Ale Tatiana,
mała, obłożona zakazem siostra, grająca na harfie w białym dworze, przyprawiała
go o szaleństwo. Prawda, że jego troje dzieci nie pochodzi
od niego.
Jednak do Nieczajewa, mitomana, mordercy, jezuity, szantażysty
i męczennika rewolucji, pisał: Mój mały tygrysie, my boy,
mój ukochany dzikusie! (Despotyzm światłych jest najgorszy.)
Ach, nie mówmy o miłości, Bakunin. Nie chciałeś umierać. Nie byłeś polityczno-ekonomicznym
aniołem śmierci. Byłeś
zdezorientowany
jak my, i prostoduszny. Wracaj, Bakunin! Bakunin, wracaj.
Wreszcie ta noc w Bolonii. W sierpniu. Stał przy oknie.
Nasłuchiwał. W mieście panował bezruch. Biły zegary na wieży.
Insurekcja przegrała. Robiło się jasno. Schował się
na wozie z sianem. Zgolił brodę, pokuśtykał na dworzec
w księżowskiej sutannie, z koszem jaj w ręku, w zielonych okularach,
o lasce - żeby umrzeć w Szwajcarii, w łóżku.
Dawne
to czasy. Wtedy było chyba za wcześnie, jak zwykle,
albo za późno. Nic cię nie obaliło, niczego nie dowiodłeś,
więc zostań, zostań, gdzie jesteś, albo, jeśli o mnie chodzi, wracaj.
Niesłychane ilości mięsa i tłuszczu, puchlina wodna, chory pęcherz.
Śmieje się tubalnie, pali bez przerwy, sapie, udręczony przez astmę,
czyta szyfrowane telegramy i pisze atramentem sympatycznym: Wyzysk i
rządzenie: jedno i to samo. Jest napuchnięty i bezzębny. Wszystko pokrywa
się popiołem z niedopałków, łyżeczki, gazety.
Przed domem
podrygują szpicle. Wszędzie nieład i brud. Czas upływa.
Europa wciąż jeszcze pachnie policją. Dlatego, Bakunin, oraz ponieważ
nigdy i nigdzie
nie było, nie ma i nie będzie pomnika Bakunina, proszę cię, Bakunin:
wracaj, wracaj, wracaj.