![]() |
||
|
|
||
|
Michał
Bakunin
Nota
redakcyjna Tekst za Michał Bakunin "Pisma Wybrane" t. 2, s. 380 - 387. Przełożył Bolesław Wścieklica. Publikacja w wersji elektronicznej: Anarchistyczne Archiwa 2006.
Halsingborg, 31 marca r.1863 Przyjaciele!
Uprzedzono mnie za późno, dostałem bowiem depeszę Carda (2) 22-go o trzeciej po południu - a ponieważ nie ma innej drogi ze Sztokholmu do Halsingborga jak przez Goteborg, między zaś Sztokholmem a Goteborgiem chodzi tylko jeden ranny pociąg, mogłem wyjechać dopiero na drugi dzień, tj. 23-go o godzinie 8 rano. Do Goteborga przybyłem tego samego dnia wieczorem o godzinie 9-ej i nie miałem innych połączeń z Halsingborgiem oprócz dyliżansu następnego dnia wieczorem, który przyjeżdża tam 26-go wieczorem, czyli na trzeci dzień, albo parostatku przybywającego tam tegoż dnia o kilka godzin wcześniej. Musiałem więc czekać na parostatek, a tymczasem na wszelki wypadek depeszowałem do Halsingborga, że przyjadę 26-go; gdybym tego nie zrobił, to nie zobaczyłbym ekspedycji. Przybyła ona do Halsingborga 25-go wieczorem i czekając na mnie straciła prawie cały dzień, a potem została zatrzymana z powodu burzy i zdrady kapitana. Wybór Halsingborga na miejsce spotkania ze mną był nad wyraz nieszczęśliwy. Cały Sund roi się od Rosjan i innych szpiegów płatnych i niepłatnych. Toteż było rzeczą konieczną przejść przez Sund prędko, nigdzie się nie zatrzymując. Halsingborg widoczny jest z Helsingoru, a Helsingor to od dawien dawna szpiegowskie gniazdo, ściśle biorąc rosyjskie gniazdo szpiegowskie. Trzeba było mi wyznaczyć rendez-vous albo w Goteborgu, dokąd mogłem przyjechać każdego dnia, albo lepiej jeszcze na południowym brzegu wyspy Gotland w jakiejś wiosce, w której mógł wylądować wysłannik Demontowicza i Łapińskiego i w pobliżu której statek nasz mógłby krążyć po morzu, nie wzbudzając podejrzenia. Ekspedycja czekała na mnie dobę i pozostała jeszcze dwie doby, zatrzymana przez burzę, a bardziej jeszcze z powodu złych zamiarów kapitana. Do Hailsingborga, jak wszyscy świadczą, zachowywał się on jak należy, wyrażał przy tym, podobnie jak i cała załoga, wiele sympatii dla celu ekspedycji. W Halsingborgu raptem zmienił się. Tutaj po raz pierwszy oświadczył, że naraża się na wielkie niebezpieczeństwo ze strony rosyjskich krążowników, z którymi może się spotkać, bo nie chcąc opóźniać ekspedycji jeszcze o kilka dni, nie wziął wymaganych dokumentów ani na ładunek, ani na dowództwo. Przedtem nikomu o tym nie mówił, ale przypomniał sobie o tym dopiero w Halsingborgu - z początku mówiąc tylko o karze w wysokości 500 funtów sterlingów, na którą może się narazić skutkiem takiego niedbalstwa - ale kiedy mu odpowiedziano, że Polacy zwrócą mu ten koszt, jeżeli ekspedycja się uda, wtedy dopiero zaczął mówić o szubienicy i o Syberii; pod różnymi pozorami zatrzymał nas przy tym w Halsingborgu 26-go i 27-go i dopiero 28-go o pierwszej po południu zdołaliśmy skłonić go do zabrania nas na statek. Tymczasem zdążył porozumieć się z właścicielem hotelu, w którym zatrzymaliśmy się, a przez niego z konsulem rosyjskim, kompanem i przyjacielem właściciela hotelu - i dowiedzieliśmy się przez kelnera, że właściciel hotelu i konsul wspólnie telegrafowali o czymś do poselstwa rosyjskiego w Sztokholmie. Nie mam żadnych wątpliwości, że zostaliśmy zatrzymani w Halsingborgu na polecenie władz rosyjskich, które z pewnością zużyły ten czas na zgotowanie nam spotkania. Skoro tylko wsiedliśmy na statek, dowiedzieliśmy się, że kapitan zabrał swych marynarzy i wygłosił do nich przemówienie, w którym opisał niebezpieczeństwa, na jakie się narażają, jeśli wypłyną z nami na Bałtyk. Naradziliśmy się między sobą, niepokoiła nas bowiem coraz bardziej jawna niegodziwość kapitana, który, gdy mówiliśmy z nim zarzucając mu dwulicowość, odpowiedział nam ze łzami w oczach, zapewniając o swej wierności dla sprawy. Z drugiej strony, musieliśmy się dobrze zastanowić biorąc pod uwagę ostatnią depeszę otrzymaną od Was w Halsingborgu, w której donosiliście nam o przygotowaniach robionych na Litwie przez rząd. Wobec tego postanowiliśmy namówić kapitana, aby zawiózł nas na Gotland. W razie opuszczenia Sundu mieliśmy zamiar mówić z kapitanem z rewolwerem w ręku i oświadczyć mu, że w imię własnego ocalenia musi wypełnić swe zobowiązanie. Gdy przybyliśmy do Gotlandu, chcieliśmy wysłać na rekonesans dwie łódki rybackie z naszymi ludźmi, jedną na brzeg rosyjski, między Połągą a Libawą, drugą - na pruski brzeg, między Połągą a Kłajpedą, wejść w styczność z naszymi przyjaciółmi, którzy bez wątpienia nas oczekiwali, i przy ich pomocy za wszelką cenę wykonać to, co było zamierzone i od powodzenia czego tak wiele zależało. Czy kapitan domyślił się tego, czy też stosował się do planu z góry z agentami rosyjskimi jeszcze w Anglii obmyślonego, dość że zamiast do Gotlandu przybył do portu w Kopenhadze pod pretekstem zaopatrzenia statku w słodką wodę, której rzekomo nie zdążył wziąć ze sobą w ciągu czterodniowego postoju w Halsingborgu i na co, zgodnie z własnymi jego słowami, trzeba było nie więcej niż dwóch godzin. Sam udał się do miasta. Czekaliśmy na niego cały dzień i całą noc. Na drugi dzień, 29-go, w niedzielę, na prośbę przyjaciół ja sam udałem się do Kopenhagi, byłem u znajomego redaktora "Vaterland et Ploug" i za jego radą u posła angielskiego Sir Pageta, prawdziwego gentlemana, który przyjął mnie z najgorętszą sympatią i natychmiast poruszył wszelkie oficjalne sprężyny, jedyne jakimi mógł się posłużyć w celu okazania nam pomocy. Jeszcze w przeddzień widział on naszego nikczemnego kapitana, który starał się oczernić nas w jego oczach. Kapitan zapewniał posła, że jesteśmy barbarzyńcy, zbóje, którzy brutalnością i gwałtem wywołali szlachetne oburzenie u brytyjskich marynarzy, wobec czego marynarze zbuntowali się przeciwko niemu samemu i stanowczo nie zgadzają się płynąć dalej i teraz on, kapitan, mimo najlepszych chęci nie jest w stanie wykonać warunków umowy. Wszystkie te usiłowania łajdaka chybiły jednak celu. Sir Paget nie uwierzył mu ani słowa. Cała różnica między naszymi zapatrywaniami na sprawę na tym polegała, iż Sir Paget nie mógł zgodzić się z naszym przekonaniem, że kapitan działał w porozumieniu z agentami rosyjskimi i że postąpił zdradziecko - przypisywał zaś wszystkie niewybaczalne jego postępki podłemu tchórzostwu. Trzeba, żebyście wiedzieli, że w Kopenhadze istnieje dom Hansen et C°, pełniący obowiązki agentury tej samej kompanii angielskiej, która zawarła umową z Ćwierczakiewiczem, i że agentura ta - jak mi oświadczył zdziwiony Sir Paget - jest jednocześnie agenturą rosyjskiej floty wojennej w zakresie dostaw wągla itd., i że ona właśnie teraz przygotowywała węgiel dla oczekiwanego następnego dnia rosyjskiego okrętu wojennego. Do tej agentury Sir Paget wybrał się osobiście. O kontynuowaniu ekspedycji nie można było nawet myśleć. Marynarze z namowy kapitana wszyscy porzucili nasz statek, tak że zostaliśmy z dwoma tylko: starszym maszynistą, uczciwym młodym człowiekiem, który z oburzeniem i szlachetnym wstydem patrzał na postępowanie angielskiego kapitana, i z duńskim pilotem. Pozostało nam tylko jedno wyjście - jak najprędzej opuścić Kopenhagę i udać się do najbliższego portu szwedzkiego. Rząd duński, wskutek głupiej noty Rossela w kwestii szlezwicko-holsztyńskiej widząc prawie wszystkich przeciwko sobie, oddał się częściowo pod ochronę gabinetu petersburskiego, który wobec tego cieszy się tam o wiele większym wpływem niż tutaj, gdzie wszyscy - zarówno rząd jak i naród - tak samo namiętnie go nienawidzą. Nie ulega wątpliwości, że gdybyśmy pozostali choćby jeden dzień w Kopenhadze, na żądanie poselstwa rosyjskiego na nas wszystkich - na ludzi i na broń - zostałby nałożony sekwestr. Ludzie zostaliby w najlepszym razie odesłani z powrotem, a cały ładunek bezpowrotnie utracony. My sami wiedzieliśmy zatem, że nie pozostawało nam nic innego do roboty jak płynąć do Malmo, tj. do najbliższego portu szwedzkiego w odległości dwóch godzin podróży od Kopenhagi. Jednakże, aby nie dać kompanii podstawy do twierdzenia, że zostaliśmy przerzuceni do Malmo na własne żądanie i że formalnie umowa została wykonana, żądaliśmy, aby statek popłynął do wyspy Gotland. Kapitan odmówił kategorycznie - bojąc się krążowników rosyjskich, naszych rewolwerów i naszej poważnej groźby, że jeżeli naprowadzi nas na krążownik rosyjski, to z początku spróbujemy walki wręcz, a w razie przegranej wysadzimy się wraz z nim w powietrze - nie zgodził się nawet odstawić nas ze swymi marynarzami do Malmo, tak że agenci kompanii zmuszeni byli zaangażować duńskiego kapitana i duńskich marynarzy, przy których pomocy 30 marca o godzinie 5-ej wieczorem biedny nasz statek, porzucony przez wszystkich Anglików, wpłynął do portu w Malmo. Agenci kompanii długo trzymali nas w Kopenhadze w nadziei wyrwania od nas pokwitowania. Tutaj poczuliśmy owoce praktycznego umysłu Ćwierczakiewicza, który zapomniał czy też nie chciał, jak mówią, dać Demontowiczowi kopii umowy ani nawet rejestru ładunku, by mógł wykazać, się prawem własności. Tak, nasz Ćwierczakiewicz wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, daj Boże, żeby łatwo było mu się z tego wytłumaczyć. Może potrafi usprawiedliwić się i wytłumaczyć ze wszystkiego - może winni są inni - ale wobec groźnych wydarzeń współczesnych, decydujących o losach Polski, z czystym sumieniem powiedzieć trzeba, że ekspedycja zorganizowana została ze zbrodniczą lekkomyślnością i niedbalstwem. Powiem teraz słów kilka o sobie i o składzie osobowym naszej nieudanej ekspedycji. W Halsingborg, przed samym odjazdem, napisałem do Was smutny list, w którym, myśląc, że mówię z Wami może po raz ostatni, skarżyłem się Wam na Was samych w dość otwartych i, być może, w dość ostrych słowach i który - mam nadzieję - nie obraził Was i nie wywołał w Was wątpliwości co do mego gorącego przywiązania do Was; jesteście bowiem zbyt poważni i sprawiedliwi, żeby nie zrozumieć, że mam słuszność. Postąpiliście ze mną jak z dzieckiem, uprzedziwszy mnie w ostatniej dopiero chwili - i jak sami widzicie, zbyt późno - krótką depeszą, że mam się udać tam a tam. Tymczasem ekspedycja przygotowywana była od miesiąca z górą i mieliście dość czasu, żeby szczegółowo i jasno powiadomić mnie o wszystkim, a nie robiąc tego, przynieśliście dużą szkodę samej ekspedycji. Gdybym został na czas uprzedzony, mógłbym właśnie w Szwecji przynieść jej niewątpliwy i ogromny pożytek. Żądałem tych szczegółów od Ćwierczakiewicza, ale on, idąc za Waszą radą czy też kierując się własnymi racjami, nie raczył spełnić mej prośby, myśląc zapewne, że wystarczy jedno jego skinienie, ażeby ruszyć mnie z miejsca, dokąd zechce; pod tym względem straszliwie się pomylił - dobrze zrobiliście, że jego depeszę poprzedziliście depeszą juniora, bo depesza Ćwierczakiewicza nie ruszyłaby mnie z miejsca. Wiedzieliście, że Wasz zew wystarczy, żebym rzucił się na ślepo naprzód - wiedzieliście to i nie pomyliliście się, bo wiara moja w Wasze słowo jest rzeczywiście nieomal bezgraniczna. Ale to nic, nawet tak silnej wiary nie należy nadużywać. Przypomnijcie sobie, że nie jestem dzieckiem, że niedługo skończę 50 lat i że mi nie wypada i wreszcie nie mogę być u Was chłopcem na posyłki - że odtąd nie mogę i nie będę brać udziału w żadnej robocie, której istota ze wszystkimi szczegółami nie będzie mi znana. Wziąłbym udział w tej ekspedycji nawet i wówczas, gdybym wiedział, jak mało miała szans powodzenia, i pomimo że żona moja przyjechała do Londynu. Wziąłbym w niej udział, gdyż całą swą istotą zdawałem sobie sprawę, czułem i rozumiałem, że moim obowiązkiem jest wyjechać za wszelką cenę do Polski - z tych samych powodów, dla których i teraz ciągnie mnie tam - ale ponadto byłem przekonany, że sprawa, w której Wy, moi mądrzy, ostrożni i wieczni krytycy, wzięliście tak czynny i żywy udział, nie mogła być inaczej przedsięwzięta i wykonana jak z zachowaniem najściślejszej tajemnicy i warunków niezbędnych dla powodzenia całej sprawy. Pomyliłem się. Była ona kierowana i zorganizowana rękoma leniwego dziecka. No, ale dość o tym. Przejdziemy do naszych biednych argonautów. Wiecie, że znalazłem w Halsingborg tylko Łapińskiego, Leona Mazurkiewicza, Bobczyńskiego, naszego dobrego i rzetelnego, ale jeszcze zupełne niewiniątko - Reinhardta, i całkiem niewinnego Żydka Tugenbolda (3). Łapiński z początku bardzo i pod każdym względem spodobał mi się, czemu dałem wyraz w kilku listach. Byłem rad znaleźć w dowódcy wojskowym, od którego osobistych cech tak wiele zależało... 9
kwietnia Po długich rokowaniach agenci kompanii zdecydowali się dać nam duńskiego kapitana i duńskich marynarzy, aby doprowadzić nieszczęsny, porzucony przez Anglików statek nasz do Malmo i tylko tam; o Gotlandzie nie chcieli słyszeć i zarówno kapitan, jak i marynarze zgodzili się *... [* Końca listu nie mamy. O ekspedycji tej, zorganizowanej pod kierunkiem wielce niepewnych osób, informują też Dzieła pośmiertne Hercena. Dalej przytaczamy zaświadczenie wydane Baikuninowi przez dwóch przywódców wyprawy. - Red. oryginału.] [ZAŚWIADCZENIE] Z czystym sercem wydajemy p. Bakuninowi to zaświadczenie, biorąc od niego w zamian obietnicę, że będzie się nim posługiwał z należytą ostrożnością, że okaże je tylko pp. Ćwierczakiewiczowi, Hercenowi, Ogariowowi i Mazziniemu, jak również delegatom Tymczasowego Rządu Polskiego i że je opublikuje tylko w razie ostatecznej konieczności, tj. gdy on sam spotka się z poważnymi napaściami w prasie. Sztokholm,
20 kwietnia r. 1863
Przypisy 1)
Demontowicz Józef Błażej (1823-1876), działacz powstańczy, komisarz
Rządu Narodowego 1863 roku w Szwecji. W 1863 r. był organizatorem wyprawy
zbrojnej z Anglii do Polski. Po upadku powstania styczniowego osiadł
w Sztokholmie. |
||
|
| ||
|
[strona
główna]
[biografia] [pisma]
[opracowania] [ikonografia]
[bibliografia] [odnośniki]
[redakcja] |
||